czwartek, 13 marca 2014

Witam, jestem Em i chciałam Wam poopowiadać trochę o mojej kochanej paczce, a dokładnie o Crejzole’ owych Dziewczynach, które nienawidzą nudy.
Jest nas pięć uroczych i niezwykle odpornych na uroki wielu przystojniaku, tak, mówię tu o sobie, dziewczyn, ale do rzeczy…
Na samym początku chciałabym Wam opowiedzieć, jak to z nami wszystkimi było, jak się poznaliśmy etc.
Była mroźna, lutowa noc, kiedy małemu płodowi, o późniejszym imieniu Em ( to tylko skrót) zachciało się wbijać z wielka siłą na ten świat, pełnego bólu i rozczarowań, jednak z wielką szansą na odnalezienie własnej tożsamości.
Mały, rozwrzeszczany na wszystkich i wszystko niemowlak nie podejrzewa nawet, że kiedyś tam w jego życiu pojawi się jakaś tam grupa zwariowanych dziewczyn, które naprawią jej zrujnowany świat lat gimnazjalnych.
Em dzieciństwo spędziła w towarzystwie swojej sąsiadki, jednocześnie kuzynki Doni, która już od najmłodszych lat przypominała rumianego aniołka z długimi blond włosami i dużymi oczami. Miała też brata bliźniaka i starsze rodzeństwo, później przybywało nowe, ale o tym to w innym rozdziale.
Tak, więc niczego nieświadome Em i Doni bawiły się razem na podwórku lalkami Barbie, kiedy w ich dziecinny świat bajek Disney’owskich wkroczyła dumnie postać z małymi kędziorkami na głowie.
Dziewczynki nie znały się dobrze, chociaż mieszkały w jednej miejscowości.  Pola, tak miała na imię dziewczynka, poznała Donię w przedszkolu, trafiły do jednej grupy i jakoś się tam zaprzyjaźniły ( szczegółów nie znam). Pola, jak już wcześniej wspomniałam miała jasne blond loczki, które dodawały jej uroku tak samo, jak długie włosy Doni oraz zielone oczy, które do dzisiaj utrzymują blask pewnej siebie istotki. Obydwie dziewczynki były szczupłe i pełne wigoru.
Polę Em zaczęła poznawać, kiedy Donia przeprowadziła się do innego mieszkania, ale nie miejscowości, a Em zmieniła miejsce biegania z innymi dzieciakami.
Szalone my, czyli spółka zoo ;)
Bardzo dobrze pamiętała, jak zobaczyła niesamowity widok, który do dzisiaj w niej pozostał.  Otóż mała Polunia dostała małego pieska, takiego czarnego, z krótkimi łapkami, które w późniejszych latach urosły na miarę groźnego psa. Chciała się z nim bawić, a że mała ( wspomniałam, że to była suczka? Nie? To teraz już wiecie…) nie miała zbytniej ochoty, to mała dziewczynka chcąc zachęcić swojego pupilka do zabawy zaczęła za nim biegać, a mały bezbronny piesek zaczął uciekać, zresztą dość marnym skutkiem, bo wkrótce trafiła w małe rączki rozbrykanej dziewczynki.
Więcej szczegółów owej sytuacji nie pamiętam, jednakże dziewczynki połączyła więź, która z biegiem lat miała swoje wzloty i upadki. Oczywiście, nie może też zabraknąć Doni, która ową trójcę potrafiła natchnąć pozytywna energią, kiedy za oknem akurat padał deszcz.
Mijały lata, a Em żyła wśród przyjaciółek, jednocześnie obok nich. Gimnazjum było dla niej koszmarem, którego śmiało możemy ominąć, bo nie wniósłby nic do tej opowieści, poza nutą smutku i rozczulania się nad sobą.
Em skończyła gimnazjum ze średnim efektem, kiedy Donia i Pola nadal były w gimnazjum. Zresztą obydwie dziewczyny bardzo dobrze się uczyły i wkrótce potem poszły do dobrego liceum.  Zanim jednak się to stało, Em poznała kolejne osoby, na których można polegać.
Najpierw dziewczyna poznała Goś, która z twarzy wydawała jej się znajoma, jednak dopiero po jakimś tam czasie przypomniały sobie, że mogły się wcześniej widzieć. Najdziwniejsze było to, że Em z Goś chodziły do jednej klasy, jednak poznały się tak naprawdę w drugim tygodniu szkoły. Em była samotniczką z innego rejonu, która na początku nie mogła się odnaleźć w nowej szkolnej rzeczywistości. Goś również mieszkała w internacie… Ta to dopiero była powsinoga ( wg słów naszego kochanego Pana Wychowawcy). Nie było miejsca, gdzie by nie zajrzała, ani z kim by nie mieszkała. W końcu i tak trafiła do wspólnego pokoju z Em. No nic, jakoś sytuację przetrzymały, nawet się bliżej skumplowały, jednak w szkole miały swój własny krąg znajomych, a Em powoli zabliźniała znajomości z osobami z klasy – niczego nie ukrywała, była sobą.
Na ich nieszczęście lub szczęście są skazane na siebie do dzisiaj… Em przyzwyczaiła się do zmian nastroju swojej sublokatorki, a Goś do chrapania Em ( niestety podobno się jej zdarza).
W październiku w internacie pojawiła się nowa osoba – Jola, która na początku nie przypadła do gustu Goś. Em oczywiście nie miała nic do biednej dziewczyny, nawet znała ją ze szkoły, ale zazdrościła jej jednego – jej pięknych długich, niezwykle zadbanych i ciemnych włosów.  Jola miała niezwykle kobiecą figurę – wiadomo o co chodzi, biodra etc, ogólnie wszystko na swoim miejscu i zielone oczęta ( poprawić, jeśli się mylę), prawie, że kocie ( moja wrodzona skromność zmusza mnie do dodania, że ja też takie mam). Nie będę opisywać konfliktu z początku znajomości Joli z Goś, bo szczerze powiedziawszy już nawet nie pamiętam, o co poszło. Bije się w pierś, że nawet pamięć mnie zawodzi, jeśli chodzi o pierwszy dialog pomiędzy dziewczynami a nowicjuszką, ale nieważne, ważne jest to, że dziewczyny znalazły wspólny kontakt i stały się osobami niezwykle bliskimi.
Rok później paczkę zapełniły Pola I Donia, które zachwyciły się Jolą. Szczerze mówiąc, nie tylko one dwie wpadły w jej diabelskie sidła – Em i Goś, też nie mogły się nadziwić charyzmie dziewczyny i do dzisiaj ukrywają w swoich kątach ołtarzyki na jej cześć.
 Zresztą każda z nich miała jakąś tam cząstkę własnej osobowości, która współgrała z pozostałymi…

                 Tak oto narodziły się Crejzole, czyli dziewczyny o niesamowitych zdolnościach do poprawiania sobie nawzajem humoru, jak i do wspólnego milczenia…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz